Woda jest zbyt cennym dobrem, aby uszczuplać jej zasoby i ja marnować – wywiad z Radosławem Łuczakiem, prezesem Łódzkiej Spółki Infrastrukturalnej

Andrzej Grabowski: Panie prezesie, od 1 stycznia tego roku obowiązuje nowe prawo wodne. Jakie są cele nowych regulacji? W kontekście wprowadzanych zmian mówi się często o „podatku od deszczu”. Czy powinniśmy się martwić, że czekają nas jakieś nowe opłaty?

Radosław Łuczak: Zacznijmy od tego, że zbyt wiele mówi się tylko o jakimś przymusie ze strony Unii Europejskiej – że musimy zmienić prawo wodne, aby dostosować się do unijnych dyrektyw. A przecież nie chodzi o to, aby wypełnić zobowiązanie wobec Unii. Chodzi o to, aby wypełnić zobowiązanie wobec naszego własnego środowiska naturalnego. Cały ten pakiet regulacji wodnych to nie są prawa nas krzywdzące. Są to prawa związane z rozwojem cywilizacyjnym, które powodują podniesienie poziomu dbałości o istotną część środowiska naturalnego. Końcowym celem tych regulacji jest podniesienie naszego standardu życia. Jesteśmy przecież częścią tego środowiska. Często zapominamy o tym w naszych dyskusjach o prawie wodnym, jakby w tym wszystkim chodziło o coś narzuconego z zewnątrz.

W Łodzi przywykliśmy już do tego, że woda płynąca z kranów nadaje się do bezpośredniego spożycia…

W Łodzi od wielu lat mamy do czynienia z bardzo czystą wodą, o wysokiej jakości. Jest ona tak dobra, że niektórzy zachęcają, aby pić wodę z kranu, zamiast kupować tę w butelkach. Ale na przykład w Warszawie jeszcze w 2001 roku trzeba było kupować wodę butelkowaną albo korzystać ze specjalnych filtrów. W żadnym wypadku nie należało pić wody prosto z kranu. Obecnie jakość wody w Warszawie nie odbiega od tej z Łodzi.

Przywykliśmy także do tego, że czego jak czego, ale wody nigdy nam nie zabraknie…

Zrealizowaliśmy już – w Łodzi niemal w stu procentach – inwestycje zapewniające mieszkańcom dostęp do infrastruktury wodociągowej i kanalizacyjnej. Pozostaje jednak kwestia gospodarowania wodą jako naszym naturalnym dobrem, zasobem, czy też surowcem. Surowcem, który się odnawia, ale trzeba mu w tym pomagać. Warto mieć świadomość, że korzystanie z tego zasobu nie może być bezkrytyczne. Dla ogromnej większości mieszkańców – nie tylko naszego miasta – woda jest, była i będzie. Wynika to po części z tego, że dostęp do wody pitnej, zapewniany przez gminę, ma charakter obowiązkowy. Trzeba zmienić to podejście. Woda, jak każde cenne dobro, musi być objęta racjonalnością.

Czy elementem tej racjonalności ma być podatek od deszczu?

Znowu te mity… Przestańmy wreszcie udawać, że nie rozumiemy, o co chodzi. Doszliśmy przecież w naszym rozwoju do momentu, że najwyższy czas na skorzystanie z rozwiązań, do których państwa Zachodu dochodziły przez dekady. Opierają się one na prostej zasadzie: najwięcej płaci ten, kto najwięcej zanieczyszcza lub uszczupla naturalne środowisko. Jeżeli będę zachowywać się w taki sposób, że osłabiam to środowisko – będę musiał za to zanieczyszczenie czy uszczuplenie zapłacić.

Czy to oznacza, że wielki supermarket, z wielką powierzchnią dachu i wielkim parkingiem dla setek samochodów, który ograniczył naturalną retencję okolicy, poniesie dodatkowe konsekwencje finansowe swojej działalności?

Nowe prawo wodne jest tak skonstruowane, że nie określa, czy adresatem jego działania ma być ten lub inny podmiot. Ono określa odpowiedzialność samorządu za podległy mu teren. Ustawa określa stawki za korzystanie ze środowiska, z uwzględnieniem różnych aspektów i wskaźników. W świetle tych regulacji, nie do pomyślenia jest grabieżcza polityka wobec środowiska. Nie można na przykład dopuścić do sytuacji, aby przestały się odnawiać zasoby wody głębinowej w studniach, z których zaopatruje się w większości nasze miasto. Wracając zaś do przykładu supermarketu – prawo wodne ma skłaniać do tego, aby przyszłe markety budowano z myślą m.in. o wykorzystaniu deszczówki, która obecnie jest na ogół odprowadzana do kanalizacji i miesza się ze ściekami komunalnymi. Czy jest to możliwe? Przykład Ikei dowodzi, że jak najbardziej. Woda deszczowa z terenu Ikei odprowadzana jest do zbiorników na deszczówkę, skąd trafia do wewnętrznej instalacji i jest wykorzystywana dla zaspokojenia potrzeb sanitarnych i czystościowych. Skoro zdecydował się na to właściciel Ikei, jeden z najbogatszych ludzi świata – widocznie jest to opłacalne. I trudno, żeby było inaczej: jeśli wykorzystujemy wodę najwyższej jakości, nadającą się do picia, jednocześnie do spłukiwania toalet – jest to czyste marnotrawstwo.

A przecież takie postępowanie jest powszechne…

Obecnie często dzieje się tak, że deszczówka, która spływa z powierzchni parkingu utwardzonego wraz z zanieczyszczeniami (na przykład z olejem silnikowym i piaskiem) trafia następnie – przynajmniej częściowo – do kanalizacji, częściowo zaś w głąb gleby. Proszę zwrócić uwagę na paradoks i wynikające z niego marnotrawstwo – żeby było ładniej, parking obsadzamy drzewami, które następnie musimy podlewać wodą wysokiej jakości, wodą do picia, pozbawiając się jednocześnie deszczówki, która z powodzeniem nadawałaby się do podlewania. W świetle nowego prawa wodnego będziemy płacili zarówno za odprowadzanie deszczówki, jak i za doprowadzanie wody pitnej z przeznaczeniem do podlewania roślin. Czy to się opłaca? Na to już każdy musi sobie odpowiedzieć we własnym zakresie. Na szczęście dziś już w wielu miejscach kraju buduje się parkingi hybrydowe – takie, które dają szansę na przesiąkanie wody deszczowej w miejscu, gdzie ona się pojawia.

A jaka jest w tym wszystkim rola zieleni miejskiej?

Szczególnie ważna jest rola trawników – powinny być zakładane niżej od powierzchni ciągów pieszych, aby deszczówka, zamiast z trawników spływać, mogła nasączyć je wilgocią. A skoro jesteśmy przy zieleni osiedlowej, pojawia się też kwestia drzew. Sadzenie drzew to nie żadna fanaberia pięknoduchów, lecz realna potrzeba w aspekcie hydrologicznym – drzewa są wielkim magazynami wody i stabilizują jej poziom w glebie.

Jaka przyszłość czeka gminy, które nie zmienią swojego podejścia do ekologii?

Trzeba się liczyć z tym, że gmina poniesie konsekwencje finansowe złej gospodarki wodami opadowymi. W sumie może to być nawet kilkadziesiąt milionów złotych rocznie. Jeżeli okaże się, że na terenie gminy jest kilka, kilkanaście podmiotów zajmujących ogromne powierzchnie, a dotyczy to w pierwszym rzędzie spółdzielni mieszkaniowych – gmina może przerzucić na nich te dodatkowe koszty. W pierwszej kolejności muszą się tego obawiać ci, którzy mają system odprowadzania wód opadowych do kanalizacji.

Oznacza to, że wszelkie przyszłe inwestycje trzeba planować bardziej inteligentnie. Ta inteligencja powinna dotyczyć nie tylko planowania infrastruktury, ale także planowania przestrzennego, w tym bardzo istotnej kwestii gospodarki zielenią w mieście.

Jaką rolę może w tym planowaniu odegrać Łódzka Spółka Infrastrukturalna?

Jesteśmy – jako Łódzka Spółka Infrastrukturalna – przeciwnikami budowania na każdym kroku kanalizacji deszczowej, odwadniającej budowane drogi osiedlowe. Musimy też zerwać z dość powszechnym oczekiwaniem, że wszędzie trzeba doprowadzić kanalizację – nawet na oddalone od zwartej zabudowy działki, powstałe z podziału gruntów rolnych na obrzeżach miasta. Nie wszędzie się da i nie wszędzie kanalizacja jest potrzebna. Nie chcemy budować kanalizacji deszczowej przy drogach prowadzących do takich działek. Ja wiem, że często domagają się tego inwestujący w takie działki, licząc na ich odwodnienie, ale jest to absolutnie nieracjonalne. Zasada powinna być taka: zainwestowałeś w działkę w tzw. szczerym polu, budujesz na niej dom – zainwestuj także w lokalną instalację zbierającą deszczówkę i wykorzystującą ją na miejscu. W stosunku do całości inwestycji koszty będą niewielkie – a korzyści naprawdę duże, w tym oczywiście korzyści ekologiczne.

Z jakimi nowymi opłatami należy się liczyć w kontekście implementacji nowego prawa wodnego?

Wyobraźmy sobie sytuację, że wszędzie, gdzie tylko inwestor zapragnie, odprowadzimy mu wodę opadową do kanalizacji ogólnej. Przecież ta woda nie zniknie – trafi w końcu do oczyszczalni, wraz ze ściekami. Łatwo też obliczyć, ile jej tam trafi, bo znamy ogólną ilość zanieczyszczeń doprowadzaną do oczyszczalni i jesteśmy w stanie wyliczyć, ile z tego stanowią ścieki komunalne – łatwo to stwierdzić na podstawie wskazań liczników zużywanej wody. Możliwe zatem, że w przyszłości dany samorząd będzie rozliczany z procentowej wielkości deszczówki trafiającej do oczyszczalni. Im więcej udziału deszczówki – tym wyższe opłaty nakładane przez operatora, jakim są Wody Polskie. W interesie samorządu, czyli nas wszystkich, będzie zmniejszenie tego udziału, aby zmniejszyć opłaty. Powinno to sprzyjać inwestycjom w lokalną retencję, zgodnie z zasadą „niech woda wsiąka tam, gdzie się pojawi”.

Niewątpliwie czekają nas opłaty za korzystanie ze środowiska naturalnego, co na Zachodzie, w starych państwach Unii, jest już normą. Ale też nie sposób też zaprzeczyć, że my – jako kraj – wzięliśmy wcześniej od Unii ogromne ilości pieniędzy na gospodarkę wodami, oczyszczalnie ścieków, systemy zabezpieczeń przeciwpowodziowych, na kanalizację deszczową także… Nic więc dziwnego, że czegoś się w zamian od nas wymaga. Ale to my w pierwszym rzędzie musimy tego od siebie wymagać, jeśli chcemy żyć w harmonii z naszym środowiskiem.

Czy ma Pan na zakończenie radę dla łódzkich spółdzielni mieszkaniowych?

Spółdzielnie powinny prowadzić u siebie gospodarkę proekologiczną. Powinny zakładać trawniki i sadzić drzewa (a nie tylko utwardzone parkingi), powinny wreszcie gospodarować wodami opadowymi, zamiast odprowadzać je do kanalizacji. To nie są przecież duże inwestycje. Tutaj raczej potrzebna jest zmiana sposobu myślenia.

Wywiad ukazał się w Dzienniku Łódzkim z 23 marca 2018 r., rozmawiał Andrzej Grabowski.

START TYPING AND PRESS ENTER TO SEARCH